Szukaj na tym blogu

w poczekalni:

Kolorowe pisma czytuję wyłącznie w poczekalniach, najchętniej podczas oczekiwania na wizytę u fryzjera lub dentysty. Lubię przy takich okazjach nadrabiać zaległości w lekturze, by zorientować się, czym żyje naród, a przynajmniej jego znacząca, jak mi się wydaje, część. Z przeglądu kolorowej prasy wynikałoby, że jednym z ważniejszych tematów jest - sex. W czasie jednej z takich poczekalnianych prasówek przeczytałam obszerny artykuł na temat budowy waginy, ze szczególnym uwzględnieniem roli mitycznego punktu G w osiąganiu przez kobietę satysfakcji seksualnej.

Pomyślałam sobie wtedy, dlaczego te pisma nie rozpisują się na temat – duszy? Jej anatomii i fizjologii? Z duszą jest podobnie jak ze sławetnym punktem G - jedne kobiety go odczuwają, inne nie; jedni mówią, że jest, inni, że nie istnieje. Duszę też nie każdy odczuwa, więc co szkodziłoby sobie o takiej duszy w kolorowym piśmie wyłożonym w poczekalni poczytać? Owszem, są osoby a-duchowe, które będą przeciwne pisaniu o czymś, czego nie doświadczają w sobie. Ale są też przecież osoby a-seksualne, co nie przeszkadza, że kolorowe pisma o życiu seksualnym szeroko się rozpisują.

Dlaczego więc nie popisać trochę o władzach duszy, na przykład: rozumie i woli? O ich związkach z boskimi cnotami wiary i miłości? Czy nie można napisać od czasu do czasu o pamięci duchowej i jej powiązaniu z cnotą nadziei? Dlaczego nie podaje się w kolorowych pismach wykładanych w poczekalniach, w których czasami bywam, sposobów osiągania satysfakcji duchowej, która trwa o wieczność dłużej niż ta, którą daje najdłużej nawet przedłużany stosunek seksualny? Powie ktoś, że życia wiecznego nie ma? Poczekajmy trochę – każdy w swojej poczekalni – i zobaczymy. Każdy na własne oczy zobaczy, jak jest.


27.01.2012

 
 
  
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
.

Ostatnia pocztówka


Drogi Czytelniku!

Wszystko zaczęło się w tamtej poczekalni, wszystko zaczęło się od lektury tamtego kolorowego pisma [W poczekalni]. Długi artykuł poświęcony anatomii waginy, na który natknęłam się oczekując na przyjęcie przez dentystę, natchnął mnie myślą, żeby napisać na temat anatomii innego fragmentu ludzkiej osoby, a napisany tekst podrzucić gdzieś w internecie. Może ktoś nudząc się, jak ja wtedy w tamtej poczekalni, trafi nań i poczyta sobie z nudów o anatomii duszy. W ten sposób narodził się pomysł na kończącą się właśnie czwartą edycję mojego bloga, zatytułowaną „pocztówki z poczekalni”, której zasadniczą część stanowiły dwa cykle: na temat duszy [Anatomia duszy] oraz na temat miłości [Myśli miłosne].

*

Co będzie dalej? Dalej będzie życie, jak dotąd. Ponieważ życie jest zawsze. Czy życie znowu znajdzie odbicie na moim blogu? Być może tak, być może nie, skąd nam to wiedzieć. Czy na przykład dopiszę kiedyś dalszy ciąg do niegdysiejszej opowiastki [Uzdrowiciel], podejmując temat w tym miejscu, w którym wtedy zatrzymałam się, czyli na rozważaniu ewentualnej rozmowy z egzorcystą, która stała się faktem trzy miesiące temu?

A temat jeszcze wcześniejszy, zarysowany kiedyś dawno w notce zatytułowanej [Kuchnia polska], dedykowanej jednemu z tutejszych blogerów, którego gorąco wspierałam wtedy w dramatycznej próbie wyjścia z otyłości? Być może miałabym dla niego dobrą wiadomość? Oto - tak jakby mimochodem - przez ostatnie półtora roku udało mi się pozbyć bardzo wielu kilogramów tłuszczu zebranych przez ostatnie dwadzieścia lat, natomiast przez najbliższe pół roku mam nadzieję wrócić do swojej dawnej właściwej wagi. Może warto byłoby kiedyś o tym napisać, na zachętę dla innych osób chorujących na otyłość?

Albo wątek klasztoru X, który parokrotnie pojawiał się w moim pisaniu, na przykład w dawnych opowiastkach [Być mniszką] oraz [Dominicanus], a także w obrazku zatytułowanym [Wszystkie stworzeniaoraz w opowiadanku pod tytułem [Myślę sobie]. Odmieniony, mam nadzieję że na lepsze, klasztor X niedawno przypomniał sobie o mnie, odnalazł mnie, i być może znowu mocniej zagości w moim życiu. Kto to wie? I kto to opisze?

Pożyjemy, zobaczymy. Teraz - długie wakacje!

Serdecznie,
prowincjałka


27.06.2013


.





















.

Stąd do wieczności, trzy kroki


Nasiono stanowi zalążek owocu, natomiast życie łaską uświęcającą na ziemi stanowi zalążek życia wiecznego, które uzewnętrzni się w pełni w niebie. Zobaczymy wtedy owoc naszego życia, zobaczymy siebie w prawdzie, prześwietlonych na wylot, jak Bóg nas widzi na co dzień. Co więcej, Boga zobaczymy tak, jak sam Bóg siebie widzi, a co jeszcze więcej: będziemy w stanie kochać Boga-Miłość tak, jak On sam siebie kocha, czyli w pełni. Trzy proste kroki prowadzą chrześcijanina do wieczności: pójście za Jezusemprzyjęcie Ducha Świętego - wejście do chwały Ojca.

*

To, co proste od strony Boga (świętego i prostego), od strony człowieka (grzesznego i pokiereszowanego) już takie proste nie bywa. Stroma, mroczna i kręta droga duchowego wzrostu prowadzi z ziemi do nieba. Duch Święty - Bóg - wewnętrznie prowadzi po niej wierzącego, natomiast najlepiej i najpełniej drogę uświęcenia opisują ludzie święci dawnych i obecnych wieków. Wiedza o ich osobistych doświadczeniach wskazujących na pewne prawidłowości w rozwoju duchowym, a także wynikających z nich praktycznych zaleceniach, stanowi niezastąpione uzupełnienie natchnień Bożych w nas.

Święci - na przykład Klemens z Aleksandrii, Augustyn z Hippony, Tomasz z Akwinu, Bernard z Clairvaux, Bonawentura z Bagnoregio, Jan od Krzyża, Teresa od Jezusa - opisali w swych dziełach różnorodne aspekty drogi duchowej chrześcijanina. Ukazywaniem jej zajmowali się również tacy pisarze pierwszych wieków chrześcijaństwa jak Orygenes, Ewagriusz z Pontu czy Pseudo-Dionizy. Wieki nam współczesne przyniosły próby syntetycznego ujęcia zagadnień rozproszonych w dziełach wymienionych autorów, a znaczącym osiągnięciem jest klasyczna synteza opracowana przez dominikanina Réginalda Marie Garrigou-Lagrange „Trzy okresy życia wewnętrznego wstępem do życia w niebie”. W swej pracy Garrigou-Lagrange oparł się na trzystopniowych schematach wypracowanych przez Pseudo-Dionizego (droga oczyszczająca, droga oświecająca, droga jednocząca z Bogiem) oraz przez Augustyna z Hippony i Tomasza z Akwinu (droga początkujących, droga postępujących, droga doskonałych). Nawiązuje do nich również w bardziej popularnym opracowaniu zagadnienia zatytułowanym „Trzy nawrócenia. Przełamać duchowy kryzys”. - Marie Garrigou-Lagrange, Trzy nawrócenia. Przełamać duchowy kryzys, Wydawnictwo AA, 2012

Obecni badacze rozwoju życia duchowego uzupełniają doświadczenia minionych wieków o doświadczenia współczesnej psychologii i wpisują duchowy rozwój człowieka w jego rozwój ogólny. Wynikiem tego podejścia jest między innymi rozbudowanie tradycyjnej trzystopniowości o dwa etapy: otwierający (wprowadzenie do wiary - chrześcijańska inicjacja) oraz zamykający (starość i śmierć). Na przykład karmelita Federico Ruiz Salvador proponuje ujęcie procesu rozwoju duchowego w system pięciu faz: 1. inicjacja chrześcijańska, 2. personalizacja życia teologalnego, 3. kryzys tożsamości i oczyszczenie, 4. duchowa dojrzałość ascetyczna i mistyczna, 5. śmierć i wejście do chwały.

Inni współcześni pisarze duchowi nadal trzymają się schematu trzech etapów w rozwoju duchowym (trzech: nawróceń, kroków, dróg, stanów, okresów, ruchów), na przykład nawiązujących do trzech okresów życia Jezusa: 1. ascetycznego, 2. mistycznego, 3. apostolskiego (Tullo Goffi). Jeszcze inni proponują inne nazwanie trzech etapów drogi duchowej wierzącego: 1. inicjacja chrześcijańska, 2. dojrzewanie duchowe, 3. dojrzewanie mistyczne (Stefano de Fiores). Osobiście lubię rozważać prawdę trzech kroków w kontekście życia Maryi, w kontekście jej trzech tak, które odczytuję z tekstu modlitwy Anioł Pański.

Ciekawie zarysowuje drogę duszy ksiądz Henri J. M. Nouwen w książce „Przekroczyć siebie. Trzy ruchy życia duchowego”, dzieląc ją na etapy następujące: 1. docieranie do najtajniejszych głębi naszego wnętrza (ruch od osamotnienia do samotności), 2. wychodzenie ku bliźnim (ruch od wrogości do gościnności), 3. wychodzenie ku Bogu (ruch od złudzenia do modlitwy). Tak rozumiany wzrost duchowy prowadzi nas poprzez bolesne wewnętrzne konflikty i kryzysy do świadomej postawy ogołocenia: istnienia samotnego, a jednocześnie gościnnego, wypełnionego modlitwą. - Henri J. M. Nouwen, Przekroczyć siebie. Trzy ruchy życia duchowego, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2000

Jak zauważa karmelita Jerzy Gogola w artykule „Okresy życia duchowego” [1], kryzysy duchowe stanowią nieodłączny element duchowego rozwoju, natomiast umiejętnie wykorzystane - we współpracy z łaską - dają szansę wewnętrznego wzrostu, czyli pogłębienia życia duchowego. Zauważa jednocześnie, że starość metrykalna nie oznacza automatycznego osiągnięcia stanu duchowej dojrzałości. Śmierć natomiast - niezależnie od metrykalnego wieku - stanowi ostatnie duchowe zadanie, wymagające rzeczywistego wyzbycia się wszystkiego oraz wejścia w ostateczne duchowe ogołocenie. Obyśmy byli przygotowani do sprostania temu końcowemu wyzwaniu.

*

Przedstawione klasyczne schematy rozwoju życia duchowego, jak również opracowania współczesne, w swoich szczegółach nie stanowią modelu uniwersalnego, ponieważ opisują rzeczywistość dynamicznej relacji zachodzącej między żywymi i wolnymi osobami: Bogiem i człowiekiem. Bóg w każdym przypadku może zastosować indywidualną chronologię, dostosowaną do natury i możliwości danego człowieka, natomiast człowiek może nie chcieć lub nie potrafić współpracować z Bogiem, co z kolei skutkować może czasowym lub stałym zastojem lub regresem w życiu duchowym. Dlatego warto wiedzieć, jakimi drogami, poprzez jakie stany duchowe, poprzez jakie duchowe kryzysy, dochodzi się do nieba. Wiedzieć – żeby nie zgubić się po drodze.



3 x tak

Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi -
i poczęła z Ducha Świętego.

Oto ja służebnica Pańska -
niech mi się stanie według słowa Twego.

A Słowo stało się ciałem -
i zamieszkało między nami.

+
Amen.



02.05.2013


+ Końcowe AMEN dodałam 12 lat później, w niedzielę 12.10.2025, na potwierdzenie kierunku mojej Drogi.


.

Jestem rzymską katoliczką


Zdarza mi się trafiać w internecie na strony poświęcone zagadnieniom religijnym. Na ogół zanim przystąpię do ich lektury chcę wiedzieć, z pozycji jakiej religii lub jakiego wyznania są prowadzone. Ponieważ na swoim blogu przez ostatni rok pisałam sporo o religii i duchowości w sposób bardziej zobiektywizowany niż w latach poprzednich, pora powiedzieć jasno, kim jestem w sensie religijnym.

Jestem rzymską katoliczką. Kościół Katolicki obrządku rzymskiego/łacińskiego jest moją drogą do Boga: z urodzenia i chrztu, z wychowania i wyboru [Świadectwo]. Co więcej: kocham Kościół. Wszystko, co piszę o wierze wynika z mojego osobistego doświadczenia wiary i przeżywania wiary, popartych i ubogaconych prywatnym studium wybranych zagadnień katolickiej teologii.

Cała moja twórczość blogowa jest prywatnym wyznaniem nieprywatnej wiary. W takim kierunku rozwinęło się moje pisanie, uznaję więc, że tak miało być. Jednocześnie czuję, że jedyne merytoryczne zastrzeżenia dotyczące moich tekstów, które mogę przyjąć, musiałyby pochodzić - bezpośrednio lub pośrednio - ze strony uprawnionych do tego reprezentantów Magisterium Kościoła. Prywatne dywagacje prywatnych osób na temat moich prywatnych notek o charakterze teologicznym niewiele bowiem wnoszą, natomiast wytworzyć mogą niepotrzebny zamęt myślowy.

Jak wspomniałam, zdarza mi się trafiać w internecie na strony poświęcone zagadnieniom religijnym. Niestety nie zawsze, a wręcz chyba rzadko, zawierają jednoznaczne deklaracje wyznaniowe, co uważam za błąd, gdyż ich lektura może prowadzić do powstawania różnych niebezpiecznych prywatnych synkretyzmów religijnych [1]. Naprawiam więc ten błąd na swoim blogu, zamieszczając obecną jasną deklarację, która znalazła wyraz również w moim blogowym profilu: ten blog prowadzi rzymska katoliczka.


12.03.2013


.

Myśli miłosne 12/12 Jest miłością


Wiem, jak kocha Bóg, ale ja sama z siebie tak kochać nie potrafię. Miłość, którą kocha - którą sam jest! - jest miłością bezbronną i niezmienną. Wiem, że miłość przyzywa miłość, ale ja sama z siebie nie jestem w stanie sprostać pierwszemu przykazaniu i kochać Boga całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą (por. Mt 22,37). Stwórca może jednak miłością taką przepełnić człowieka w taki sposób, że dopóki trwa ten stan, ten lub ta zaczyna kochać na sposób boski – bezbronnie i niezmiennie, całym sercem, całą duszą, ze wszystkich sił. O to więc proszę, abym mogła tak właśnie kochać, czyli – kochać prawdziwie.

*

Kilka dni temu podczas kolacji pomyślałam, że w ciągu minionych piętnastu lat krok po kroku odeszło ode mnie doświadczenie takiej bezbronnej miłości, oraz że teraz ponownie potrafiłabym bronić się przed tymi, którzy mnie ranią, że chciałabym przy Bożej pomocy wymierzać sprawiedliwość tym, którzy w mojej ocenie postępują niegodnie wobec innych, że chciałabym przy Bożej pomocy dawać takim ludziom nauczki, które pewnie dawałyby mojej osobie pewnego rodzaju poczucie zemsty za ich niegodziwości, nie tylko wobec mnie popełnione. A więc nie tylko o nawrócenie grzesznika chodziłoby, ale również o wyrównanie rachunków – w imię sprawiedliwości.

Siedząc w kuchni nad kubkiem mleka i kromką chleba pomyślałam, że wiele zmieniło się we mnie w ciągu ostatnich lat, co jasno pokazuje, że miłość ludzka jest zmienna. I dalej zastanawiałam się, jak Bóg w swojej naturalnej miłosnej niezmienności radzi sobie z ludzką niegodziwą swawolą, której przecież - z tych czy innych powodów - nie można puszczać płazem. I nagle olśniła mnie myśl, że może właśnie dlatego stwarzając świat takim jaki jest przewidział zaistnienie w nim obiektywnego zła i cierpienia [Miłość opatrznościowa], żeby mieć jakieś narzędzie koniecznego zdalnego oddziaływania, skoro Sam z Siebie nie jest w stanie wymierzyć człowiekowi nawet porządnego klapsa. Sam z Siebie jedynie drugi policzek potrafi nadstawić na ciosy. Sam z Siebie potrafi bowiem wyłącznie kochać.

*

Człowiek sam z siebie nie potrafi kochać tak, jak kocha Bóg. Człowiek sam z siebie nie tylko niezmiennie nie potrafi kochać, ale sam z siebie nawet zmiennie kochać nie umie. Jako ludzie kochamy jedynie dlatego, ponieważ odbija się w nas jakiś promień miłości większej od nas. Przywołane kiedyś osamotnione matki [Skąd biorą się dzieci] dlatego właśnie czuły potrzebę stwarzania - na potrzeby swoich dzieci - bajek o kiedyś kochających się rodzicach, ponieważ człowiek z natury podszyty jest tęsknotą za miłością i miłości potrzebą: tej otrzymywanej i tej ofiarowywanej. Człowiek chce rodzić się z miłości, chce sam kochać i chce sam być kochany, a dzieje się tak dlatego, ponieważ stworzyła go - Miłość.

Miłość płynąca z wysoka wypełnia sobą to co niskie, wszechogarniająca i niepojęta opatrznościowa miłość Boga realizuje się poprzez nasze mniejsze miłości: poprzez miłość erotyczną, poprzez miłość rodzicielską, poprzez miłość rodzinną, poprzez miłość przyjacielską, poprzez miłość siebie samego oraz każdego naszego bliźniego. Jeśli nie potrafimy kochać bliźniego, czyli inaczej mówiąc człowieka, każdego człowieka, którego widzimy, to jak możemy kochać niewidzialnego Boga, który każdego człowieka kocha? (por. 1 J 4,20)

*

Żeby kochać drugiego, trzeba najpierw, a może równolegle, żeby nie zagubić się w egocentryzmie, nauczyć się kochać siebie samego [Kochaj siebie!]. O drugim - po wezwaniu do miłości Boga - największym przykazaniu, wzywającym do kochania bliźniego jak siebie samego, lubię myśleć następującym obrazem. Wyobraź sobie, że toniesz. Walcząc z topielą będziesz całym sobą wołać pomocy. W swoim przerażeniu będziesz całym sobą wołał, żeby ktoś cię nie tylko dostrzegł, ale żeby przyszedł ci z pomocą. Żeby wskoczył do tej wody, żeby chwycił cię, żeby pomógł wydostać się na bezpieczny brzeg. Żeby nawet za cenę własnego życia nie zostawiał cię samego z żywiołem. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie im czyńcie! (Łk 6, 31). Tak właśnie kocha się innego jak siebie samego - skacząc do wody na ratunek.

Inny - to nie tylko człowiek uczuciowo bliski. Inny - to każdy, kto jest fizycznie i/lub mentalnie blisko. To każdy, którego istnienia jesteśmy świadomi. Innymi słowy, każdy jest naszym bliźnim. Miłość najbardziej Boża, na którą stać człowieka, czyli miłość miłosierna, ma przenikać każdą ludzką miłość. Miłosierdzie, jak mawiają, zaczyna się w domu. A więc nasze miłości cząstkowe, jak miłość erotyczna, rodzicielska, rodzinna czy przyjacielska powinny być również naznaczone duchem miłości miłosiernej, który poprzez nasze małżeństwa, rodziny, domy i przyjaźnie będzie promieniował na świat cały miłością, która cierpliwa jest i łaskawa jest; która nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą; która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, która wszystko przetrzyma (por. 1 Kor 13, 4-7).

*

Miłosierdzie miłosierdziu nie jest jednak równe. Jest miłosierdzie wypływające z pewnego rodzaju kalkulacji, polegającej na patrzeniu na drugiego przez pryzmat tego właśnie, czego sami chcielibyśmy lub nie chcielibyśmy doświadczać. Miłosierdzie tak pojmowane nazwiemy subiektywnym. Ideałem jest natomiast miłosierdzie obiektywne, mające najwięcej z Bożej bezinteresowności, świadczone wyłącznie z dobra mądrego serca i wyłącznie dla dobra drugiego człowieka [Jak być niekochanym].

Jak wspomniałam, Pan Bóg może udzielić człowiekowi łaski/daru miłości tak bardzo czystej, jednak trzeba posiadać wewnętrzne warunki - naturalne i/lub wypracowane - do jej udźwignięcia. Klasyczna ascetyka może być w tym względzie pomocna. Cykl moich notek poświęcony anatomii duszy [Anatomia duszy] służył temu celowi. Miłość bowiem to nie wyłącznie uczucie. Miłość to przede wszystkim dojrzała postawa – wobec Boga, wobec siebie, wobec drugiego człowieka. Miłość to dar, do którego trzeba dorosnąć, i na którego udźwignięcie trzeba przygotować się [Nie jestem osobą głupią]. Chora z miłości bohaterka „Pieśni nad pieśniami” [Bo mnie się wszystko z jednym kojarzy] dobrze wie o tym i o tym mnie poucza: Murem jestem ja, a piersi me są basztami, odkąd stałam się w oczach jego jako ta, która znalazła pokój (Pnp 8,10). Miłość murem, miłość basztą warowną, miłość jest - siłą.


05.04.2013


.

Myśli miłosne 11/12 Kochaj siebie!


Pokochać siebie miłością Chrystusa to ostatecznie respektować w odniesieniu do samego siebie Boże przykazania! Kochać siebie to nie szkodzić własnemu zdrowiu i życiu (nie zabijaj). To nie traktować samego siebie jak rzeczy, która służy zaspakajaniu popędów (nie cudzołóż). To nie okradać swojej godności, swoich umiejętności i swego powołania do świętości (nie kradnij). To nie okłamywać samego siebie i nie wprowadzać siebie w świat iluzji (nie mów fałszywego świadectwa). To nie pożądać jakichś wymiarów samego siebie ani nie skupiać się na jakichś częściach siebie, np. cielesności czy emocjonalności, kosztem całej osoby i kosztem własnego powołania (nie pożądaj). Respektowanie Bożych przykazań w odniesieniu do samego siebie oraz przyjęcie samego siebie z miłością Chrystusową, to zatem dwa oblicza tej samej rzeczywistości (por. KKK 2196).”

ks. Marek Dziewiecki, Pokochać samego siebie miłością Chrystusa


Otóż niewątpliwie powinienem kochać tego człowieka Bożego, który dojrzewa we mnie ku życiu wiecznemu i który jest przedmiotem troski i miłości samego Boga. Jeśli w ten właśnie sposób kocham samego siebie, to zarazem będę nieżyczliwy temu grzesznikowi, który również jest we mnie, a który chciałby odrzucić miłość Bożą i utrudnia we mnie rozwój człowiekowi Bożemu. Miłość do tego grzesznika język nasz nazywa egoizmem i samolubstwem, ale postawa ta w gruncie rzeczy jest nienawiścią do samego siebie. Nie kocha przecież samego siebie ten, kto kocha swój grzech. Podobnie jak nie kocham ciebie, jeśli twój grzech mnie nie martwi, a już z pewnością jestem obiektywnie twoim wrogiem, jeśli przyklaskuję twojemu grzechowi albo w jakiś inny sposób przyczyniam się do tego, że ty w swoim grzechu trwasz. Jestem wówczas twoim wrogiem, choćbym nawet żywił dla ciebie ciepłe uczucia.”

o. Jacek Salij OP, Kochać samego siebie


Obok bowiem całkowitego zniszczenia miłości własnej, co występuje stosunkowo rzadko, niezwykle często mamy do czynienia z różnymi wypaczeniami miłości własnej. Po grzechu pierworodnym każdy z nas rodzi się z jakimś wypaczeniem tej miłości i dorastając staje przed trudnym zadaniem, aby to wypaczenie naprawić. Nauka moralna sprowadziła różnorakie wypaczenia miłości własnej do siedmiu wad głównych. Znamy je z katechizmu na pamięć. Przypominam: pycha, która zmierza do tego, by zawsze władać, a nigdy nie służyć; chciwość, która ubóstwia to, co materialne; nieczystość, która na pierwszy plan wysuwa seks; gniew, zmierzający do realizacji wyłącznie własnej woli; zazdrość, nieszczęśliwa z powodu szczęścia innych ludzi; nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu oraz lenistwo. To są różne formy wypaczenia miłości własnej. Objawiają się jednak w miłości bliźniego, ponieważ ten, kto nie umie kochać siebie, nie umie również kochać drugiego człowieka. Pan Jezus kładzie na to niezwykle mocny nacisk, kiedy wzywając do troski o właściwe ustawienie miłości własnej, mówi o belce w oku. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata (Mt 7,1-5). A więc stwierdza zupełną niezdolność do miłości bliźniego u człowieka, który nie umie kochać siebie. Troska o własne oko jest pierwszą i podstawową troską i ona dopiero upoważnia do troski o cudze oko. Źle ustawiona miłość własna czyni z człowieka ślepca niezdolnego do praktykowania miłości bliźniego. W tym samym kontekście Pan Jezus powiada: ślepy ślepego nigdzie nie zaprowadzi, obaj w dół wpadną.”

ks. Edward Staniek, Miłość bliźniego


03.04.2013


.

Myśli miłosne 10/12 Miłość opatrznościowa


Ten temat zbliżał się nieubłaganie. Teraz trzeba powiedzieć jasno: na świecie jest miłość i jest cierpienie. Niczego odkrywczego nie mówię, wiem. Nie robię też uniku. Po prostu jedno i drugie istnieje obok siebie, przenika się nawzajem, i dziać się tak będzie aż do końca tego świata. Dlaczego tak się dzieje, Bóg jedyny wie.

*

Książką, która najwięcej mi wyjaśniła, była wspomniana wcześniej praca ks. dr Franciszka Sawickiego „Bóg jest miłością”, której końcowy rozdział „Odwieczna miłość i problem zła” rozpisany jest na następujące punkty, które chciałam tutaj omówić: czy Bóg odpowiada za zło we wszechświecie (odpowiedź autora brzmi: tak); czy miłość może umyślnie sprawiać lub dopuszczać cierpienie (odpowiedź autora brzmi: tak); dalej: obecność bólu i śmierci w świecie organicznym, obecność cierpienia w życiu ludzkim, obecność w świecie zła moralnego; problem zagadkowości poszczególnych losów ludzkich, w tym elementy irracjonalności w Bożej Opatrzności; i wreszcie: znaczenie cierpienia w świetle wieczności oraz zagadnienie kary wiecznej w świetle Bożej miłości.

Teologia próbuje przybliżyć tajemnicę obecności cierpienia w świecie stworzonym przez Tego, który jest Miłością, ale ostatecznie pojąć ją potrafi jedynie człowiek cierpiący. Każdy inny, niezależnie od tego, czy będzie bronił Boga, czy będzie Boga obwiniał za wszechobecność cierpienia, będzie jedynie - w ten czy inny sposób - wymądrzał się. Dlatego zrezygnowałam z omawiania wspomnianego opracowania, ograniczając się do polecenia jego lektury. ks. Franciszek Sawicki, Bóg jest miłością, Wydawnictwo Diecezjalne, Pelplin, 1990

Znam cierpienie i dziękuję Bogu za szkołę cierpienia, którą przyszło mi w życiu przejść [Trzy pieczęcie]. Doświadczałam i doświadczam cierpienia skrojonego na moją miarę. Podobno Pan Bóg nie dopuszcza na człowieka cierpienia, którego ten nie mógłby unieść. Jeśli więc komuś zdaje się, że cierpi ponad miarę - ponad swoją miarę - być może wynika to z tego, że nie potrafi obejść się z tym doświadczeniem?

Może tak jest, a może tak nie jest. Nie wiem, jakie jeszcze doświadczenia przede mną, i nie wiem, w jaki sposób będę je przeżywać. Dlatego w obliczu czyjegoś cierpienia kładę raczej palec na ustach, nie prawię kazań, nie daję nauk, podać natomiast staram się pomocną dłoń. Bóg podał człowiekowi dłoń pomocną, więc i nam tak czynić wypada.

Jezus-Bóg wstąpił - wcielił się - w nasz świat, poddał się cierpieniu tego świata, pokazał nam przyszłą perspektywę i pomaga nam zdążać w kierunku wskazanej perspektywy. Droga krzyża, mądrość krzyża, która niektórym zda się głupstwem, jest koanem mojej/naszej wiary, misterium i tajemnicą, zagadką do osobistego wewnętrznego, duchowego rozwiązania. Powodzenia więc nam wszystkim życzę - w jej rozwiązywaniu!


20.03.2013


.

Myśli miłosne 9/12 Bóg nie jest mięczakiem


Nie bał się niezrozumienia i nie bał się oskarżeń. Świat stworzył według swojego pomysłu i przyjął pełną odpowiedzialność za swoje dzieło. Dał człowiekowi wolność, w tym nie tylko wolność stawiania Bogu pytań, ale również wolność kierowania oskarżeń pod Jego adresem. Stworzeniu pozwolił zmagać się ze Stwórcą, nawet wygrażać Stwórcy - w bezsilnym niezrozumieniu myśli i dróg, które przewyższają ludzkie pojmowanie.

*

Ateiści nie powinni mieć problemu: świat jest taki, jaki jest, bo tak się jakoś poukładało w przyrodzie. Ślepe prawa i siły natury oraz ślepy przypadek wyjaśniałyby wszystko. Problemu nie powinni mieć również ludzie prawdziwie wierzący, czyli wierzący nie tyle, albo nie tylko, w Boga, ale przede wszystkim - wierzący Bogu. Inaczej mówiąc - ludzie Bogu ufający. Owszem, prawa przyrody są irracjonalne, owszem siły natury są bezwzględne, owszem ślepy przypadek czyni z życia rodzaj loterii [1]. Co więcej wolne wybory człowieka bywają również irracjonalne w swojej ślepocie, a co jeszcze więcej - już na samym początku w alfabet naszego życia wplątały się złe duchy. Jednak z jakichś względów Bóg, któremu na imię Miłość, tak właśnie pomyślał świat.

Miłość Boga, której ufam, a którą nazywam opatrznościową, przechodzi wszelkie ludzkie pojęcie, wobec czego człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak zawierzenie Bożej opatrzności. Człowiek bowiem nigdy nie zdoła ogarnąć myślą całego ogromu wszechświata i wieczności, nie zdoła przeniknąć myślą ani wszystkich ścieżek historii ludzkości, ani nawet różnorodnych aspektów historii własnego życia. Bóg widzi całość, Bóg całość przenika, Bóg całość prowadzi do siebie.  [Hi 38-39]

Na początku było prosto: AB, gdzie w moim wzorze A oznacza pierwszego człowieka, a po nim już każdego człowieka, natomiast B oznacza odwiecznego Boga. Adam i Bóg. Tak miało być: krótka i bezpośrednia droga, jednoodcinkowa linia prosta, prowadząca stworzenie do Stwórcy. Jednak Adam, którego skusiło to, co znajduje się poza literą B – pewnie nieświadomy konsekwencji swojego czynu – wyruszył w drogę długą, krętą i bolesną. Droga pierwszego człowieka, a potem droga każdego człowieka, to prawdziwa droga krzyżowa, to linia łamana, składająca się z wielu odcinków, prowadząca człowieka i ludzkość przez wiele liter alfabetu rozproszonych w przestrzeni i czasie. Bóg zgodził się na wybór Adama i prowadzi każdego z nas oraz nas wszystkich przez ten bolesny alfabet indywidualnych i zbiorowych doświadczeń, ponieważ wie, że poznawszy w twardej szkole życia różne litery, w końcu dojdziemy - damy się doprowadzić! - do ostatniej litery alfabetu: od A do Z. Docenimy wtedy spokojny port, do którego krętymi i burzliwymi drogami przyprowadził nas Bóg. Na końcu drogi czeka nas bowiem Z. Jak - Zbawienie.


08.03.2013


Myśli miłosne 8/12 Namysł nad miłością


„Wielka myśl, że Bóg jest odwieczną miłością, nie pochodzi z filozofii, lecz z religii. Powstała nie z rozważań rozumowych, lecz z przeżycia religijnego. Człowiek religijny wierzy, że Bóg jest dobry i wszystko co dobre od Niego pochodzi.” - pisze na wstępie niepozornej z pozoru książeczki, wydanej zaledwie trzy lata po zakończeniu hekatomby drugiej wojny światowej, pelpliński kapłan, ks. Franciszek Sawicki [1]. „Bóg jest miłością”, publikacja wznowiona w roku 1990 na byle jakim, jeszcze post-peerelowskim papierze, jest jedną z najważniejszych książek o miłości, które kiedyś dały mi do myślenia - obok „O sztuce miłości” Ericha Fromma, „Czterech miłości” C.S.Lewisa oraz pierwszej encykliki Benedykta XVI „Deus caritas est”.


Boski eros

Za sprawą religii pojęcie miłości odwiecznej trafiło również do refleksji filozoficznej. Wtargnęło do filozofii – jak obrazowo określa ks. Sawicki, podając dalej syntetyczny zarys, a więc taki jakie lubię, rozwoju idei kochającego Boga, poczynając od pierwotnych religii pogańskich oraz od starożytnej filozofii greckiej i rzymskiej, które w swej wersji popularnej rozważały ludową wiarę w dobrotliwą działalność osobowego Boga, w wersji naukowej skłaniając się natomiast ku nieosobowej idei dobra i rozumności przejawiających się we wszechświecie.

Pomimo popularnej ówcześnie wiary w Boską opatrzność, filozofia klasyczna myśl o Bożej miłości zawężała do rozważania boskiego erosa. Na przykład w myśli Platona eros oznaczał miłość do piękna, wznoszącą się stopniowo od piękna zmysłowego, poprzez piękno duszy, do odwiecznej idei piękna. Mityczny bożek miłości zwany Erosem, mający za rodziców Penię, czyli niedostatek, oraz Porosa, czyli przedsiębiorczość, jest dla Platona uosobieniem miłości pożądliwej, dążącej do dóbr, których sam nie posiada. Obdarzony został jednak energią przedsiębiorczości, która w sprzyjających warunkach wynieść go może do wzniosłości. W myśli Platońskiej sam eros nie jest bogiem, lecz istotą pośrednią między Bogiem a człowiekiem.

Arystoteles, podążając za myślą Platona, dojrzał w erosie wartość kosmiczną, działającą w całym wszechświecie w charakterze siły ogarniającej wszystko i wszystko wznoszącej ku formie najdoskonalszej, którą jest Bóg. Neoplatonizm rozwinął zarówno Platońskie, jak również Arystotelesowe pojęcie erosa, wzbogacone elementami rodzącej się myśli chrześcijańskiej. W myśli neoplatońskiej Bóg jest bytem ponad wszelkim bytem, odwiecznym dobrem, z którego nad-pełni wszystko pochodzi, i do którego wszystko wraca. Eros natomiast jest siłą, która cały ten mechanizm porusza, nie tylko poprzez podnoszenie stworzeń do boskiego bytu, ale również poprzez jego promieniowanie na stworzenia. W przeciwieństwie do Platona i Arystotelesa, neoplatończycy - nie znając innego pojęcia miłości - zrównują pojęcie erosa z Bogiem, nadając mu jednak obok typowych cech miłości pożądliwej, również pierwsze cechy miłości życzliwej.


Boska agape

Pismo Święte nie używa pojęcia erosa, natomiast chrześcijaństwo wprowadza inne, całkiem nowe pojęcie miłości, a jest nią – agape. Różnica między erosem i agape polega na różnicy w wewnętrznej istocie samej miłości, na nowym rodzaju psychicznego nastawienia. Jezus Chrystus przedchrześcijańskie pojmowanie miłości ubogaca nową perspektywą, poprzez objawienie jej innego ukierunkowania.

Eros dąży wzwyż, z nizin ziemi do boskości nieba, do tego co piękne i dobre. Agape natomiast z wyżyn boskości zniża się do ludzkiej niedoskonałości i słabości, do tego co niedobre i niepiękne, aby człowieka udoskonalić i upiększyć, wybawić i wywyższyć. Perspektywa dążenia od niższego do wyższego zostaje zastąpiona chrześcijańskim wezwaniem do pochylenia się nad tym, co niższe, co grzeszne, chore i brzydkie. Uniżając się, a nie wywyższając, człowiek staje się podobny Bogu, który rodząc się człowiekiem i przyjmując ludzki los, najpełniej objawił siebie jako – Miłość.

Agape oznacza uniżenie się (eros jest dążeniem wzwyż); agape stanowi drogę Boga do człowieka (eros to droga człowieka do Boga); agape rodzi się z ducha życzliwości i ofiary (eros bierze się z tęsknoty i pożądania); agape jest darem nadprzyrodzonym (eros stanowi siłę przyrodzoną, naturalną); agape jest altruistyczna (eros jest egocentryczny); agape jest sama w sobie wartością (eros motywowany jest wartością obiektu pożądania).


Boska caritas

Przedstawione powyżej zestawienie ostrych różnic pomiędzy dwoma wzmiankowanymi typami miłości pochodzi z luterańskiej myśli teologicznej [2]. Filozofia katolicka nawiązuje natomiast do przemyśleń św. Augustyna z Hippony oraz nawiązującego do niego św. Tomasza z Akwinu, w których pismach miłość chrześcijańska - nosząca łacińską nazwę caritas - stanowi syntezę greckich pojęć erosa i agape.

Augustyn, podobnie jak Platon, stwierdza, że miłość jako taka jest pożądaniem takiego dobra, które uszczęśliwi danego człowieka, oraz że w konsekwencji każda ludzka miłość jest miłością pożądliwą, na wzór erosa. O jakości naszej miłości decyduje jednak przedmiot naszej pożądliwości, naszej tęsknoty, naszego pragnienia. Miłość ukierunkowana przyziemnie, na rzeczy doczesne, nosi u Augustyna miano cupiditas, pożądliwości, a charakteryzuje ją brak moralnego uporządkowania. Natomiast miłość skierowana wzwyż, do Boga i dóbr wiecznych, stanowi miłość właściwą, moralnie uporządkowaną, i nosi nazwę caritas. Tomasz z Akwinu rozszerza przedstawione pojęcie caritas, stwierdzając, że miłość nie polega jedynie na pragnieniu własnego dobra, ale również na życzeniu dobra drugiemu człowiekowi.

Bóg, który jest miłością, to Bóg będący caritas, której pierwszym przedmiotem jest On sam, jako byt najdoskonalszy, jako dobro najwyższe. Z kolei Miłość Boga do stworzenia „nie jest pożądliwa jak miłość ludzka, ponieważ nie pochodzi z jakiejś potrzeby, lecz z nadmiaru bogactwa, z dobroci i miłosierdzia.” - pisze ks. Sawicki - „Zniżając się do człowieka, Bóg podnosi go do siebie. Z miłości Bóg staje się człowiekiem, żeby człowiek stał się Bogiem.” - ks. Franciszek Sawicki, Bóg jest miłością, Wydawnictwo Diecezjalne, Pelplin, 1990


02.03.2013


.

Myśli miłosne 7/12 Jak być niekochanym


O, to już wyższa szkoła jazdy. Jak kochać, kiedy samemu nie jest się kochanym? Jak kochać, kiedy nasza potrzeba miłości nie znajduje zaspokojenia? Jak kochać, kiedy dziecko odwraca się od nas? Jak kochać, kiedy odwraca się od nas żona lub mąż? Jak kochać, kiedy zdradza nas przyjaciel? Jak kochać, kiedy ktoś łamie nam serce? Jak kochać, kiedy niebo pozostaje głuche na nasze modlitwy, prośby i żale?

Jak? Kochać mimo wszystko. Modlić się mimo wszystko. Życzyć wszystkim dobrze, dobrze myśleć, modlić się o dobro, dobro czynić. Kochać przez rozum, a nie przez emocje. Co więcej, kochać nie tylko wtedy, kiedy nie jest się kochanym, ale również wtedy, kiedy jest się znienawidzonym. Kochać nieprzyjaciół, kochać wrogów. Obdarzać życzliwością, uwagą i troską najsłabszych - samotnych, chorych, biednych i zagubionych. Dobra życzyć, dobro ofiarować. Trzymać się miłości. Kochać – nie spodziewając się niczego dobrego w zamian!

*

Obecną notkę w cyklu miłosnych rozważań chciałam poświęcić miłości miłosiernej, czyli najwyższemu rodzajowi miłości, na jaki stać człowieka. Pomyślałam, że wyjdę w tekście od pogańskiej starożytności, kiedy uczucie litości wobec słabych i biednych uważane było za słabość. Następnie chciałam pokazać, w jaki sposób chrześcijaństwo idące za Jezusem i Ewangelią, zaczęło zmieniać mentalność świata. Miałam jeszcze kilka pomysłów do rozwinięcia, ale przypomniała mi się historyjka wpleciona przez pewnego kaznodzieję w kazanie o miłosierdziu, jak to idący ulicą w pośpiechu ksiądz nie zatrzymał się na prośbę o pomoc, tłumacząc się, że nie ma teraz czasu, bo musi przygotować kazanie o miłosierdziu.

A więc kładę palec na ustach, bo co tu dużo mówić. Nie mówić, a czynić trzeba: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych pogrzebać. I nie zapominać o duszy: grzeszących upominać, nieumiejętnych pouczać, wątpiącym dobrze radzić, strapionych pocieszać, krzywdy cierpliwie znosić, urazy chętnie darować, modlić się za żywych i umarłych.

*

„Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny.” (Łk 6, 31-36)


22.02.2013


.

Myśli miłosne 6/12 Ciemna noc miłości (2)


Miłość zawsze oznacza dar życzliwości, uwagi, troski. I jeszcze więcej - miłość oznacza dar naszej osoby, dar naszej obecności, niezależnie od tego, czy będzie to miłość matki/ojca do dziecka, czy będzie to miłość romantyczna i/lub erotyczna kobiety i mężczyzny, czy będzie to miłość rodzinna, czy przyjaźń. Miłość religijna, miłość pojmowana ascetycznie, nie jest inna: dar osoby, obecności, życzliwości występuje również w relacji łączącej każdego z nas z Bogiem, albo należałoby raczej powiedzieć łączącej Boga z każdym z nas osobno i z nami wszystkimi, ponieważ - jako byty stworzone - wyłącznie z inicjatywy Stwórcy znajdujemy się w tym miłosnym związku.

W miłości nazywanej przeze mnie religijną, czyli w relacji łączącej człowieka i Boga, który objawia się jako Miłość, również występują kryzysy, podobne do opisanego w części pierwszej rozważanego tematu [Ciemna noc miłości (1/2)]. Przyczyna powstających kryzysów zawsze leży po stronie człowieka, z racji jego naturalnej niedoskonałości, wrodzonej grzeszności oraz przepojonej pychą ignorancji. Jeśli kryzys naszej religijności przybierze formę nieodwołalnej rozpaczy z powodu - jak się wydaje - utraconej obecności Boga, człowiek popada w ateizm, czyli w całkowite odrzucenie miłości, której pozorna utrata stała się zbyt niezrozumiała i zbyt bolesna. Kryzys religijności można jednak przetrwać stosując te same mechanizmy, które stosujemy w odniesieniu do miłości ziemskich, międzyludzkich - pisze prof. Mieczysław Gogacz [1] w pracy „Ciemna noc miłości”.

*

„Ascetycznie rozważana miłość jest jedna, różne są tylko sposoby jej wyrażania, w zależności od tego, z kim miłość ta nas wiąże.” - pisze prof. Gogacz i stwierdza dalej, że „abyśmy mogli dosięgnąć Boga, musi On przyjść do nas i wnieść w nas swoją miłość, gdyż tylko przez to, co Boskie, zetkniemy się z Bogiem. Tą jednak miłością, wniesioną w nas przez Boga, posługujemy się po ludzku, przy pomocy naszych rozumień i decyzji. Z tego względu podobnie przeżywamy miłość do Boga i miłość do ludzi.”

Z racji przepaści ontologicznej między Bogiem a człowiekiem, nie jesteśmy jednak w stanie odbierać i przeżywać Jego obecności w taki sam sposób, w jaki odbieramy obecność człowieka. Nasza psychika, będąca wypadkową aktywności duszy i ciała, nie otrzymuje żadnych płynących z ciała bodźców zmysłowych, które wynikałyby z widzenia, słyszenia czy dotykania Boga. Człowiekowi wierzącemu pozostaje więc jedynie wiara, nadzieja, miłość oraz trwanie w tych udzielonych nam Boskich sprawnościach - w spokojnym oczekiwaniu na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz po drugiej stronie śmierci.

Ciemna noc miłości może nauczyć nas wiernego trwania w Obecności, którą przeczuwamy, ale której nie możemy jeszcze odczuć. Podstawowym warunkiem przyswojenia sobie umiejętności spokojnego i wiernego trwania wobec-Boga-w-Bogu-z-Bogiem, jest nauczenie się wiązania miłości z prawdą i dobrem. Miłość powiązana z prawdą daje - wiarę, natomiast powiązana z dobrem daje - nadzieję. Miłość powiązana jedynie z emocją lub pięknem nie jest dostatecznie silna, nie jest dostatecznie chroniona. Wspomniane powiązania „nie chronią nas przed męką tęsknoty i nieobecności, ale tę obecność zapewniają. Nie chronią przed cierpieniem, stanowią jednak jedyny sposób przetrwania tęsknoty i nieobecności, przetrwania cierpienia.” - pisze prof. Gogacz. - Mieczysław Gogacz, Ciemna noc miłości, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa, 1985

*

W innej ze swych prac - „Modlitwa i mistyka” - prof. Gogacz ciemną noc miłości, czyli serię koniecznych oczyszczeń biernych, jakie człowiek wierzący przeżywa w relacji ze Stwórcą, umiejscawia na pograniczu drugiego i trzeciego okresu rozwoju życia duchowego, rozwoju życia modlitwy, pomiędzy etapem modlitwy nabytego skupienia oraz etapem modlitwy prostego zjednoczenia. Ścisły okres zawartej między nimi ciemnej nocy miłości wypełniałyby pierwsze doświadczenia modlitwy kontemplacyjnej, to znaczy modlitwy udzielonego skupienia oraz modlitwy ukojenia, natomiast następujące wtedy oczyszczenia obejmowałyby: bierną noc zmysłów, bierną noc wyobraźni, bierną noc pamięci, a na koniec bierną noc duszy polegającą na oczyszczeniu intelektu i woli.

Modlitwa udzielonego skupienia polega na tym, że aktywnym uczestnikiem naszej modlitwy staje się sam Bóg, a my powoli, nie bez bólu, uczymy się rezygnować z własnych pomysłów na życie religijne, w tym własnego - widzianego z ludzkiej perspektywy - pojmowania miłości. Godzimy się na Bożą inicjatywę i na Boży plan. Skutkiem podjęcia tego wielkiego i bolesnego trudu uzgadniania naszej woli z wolą Boga jest wejście w modlitwę ukojenia, nazwaną również modlitwą odpocznienia. Już poddaliśmy się Bożej inicjatywie, ale jeszcze nie potrafimy w sposób jasny odczytywać Bożych życzeń. Kiedy bierne oczyszczenia zmysłów, pamięci, wyobraźni, intelektu i woli dostatecznie wymarzą z nas przeszłe zaszłości, ogarnie nas wewnętrzne ukojenie, czyli pogodna zgoda na to, co wnosi w nas - na Boski sposób - sam Bóg. Po ciemnej nocy nadszedł jasny świt: zrozumieliśmy Miłość! - Mieczysław Gogacz, Modlitwa i mistyka, Wydawnictwo Michalineum, Kraków, 1987


13.02.2013


.

Myśli miłosne 6/12 Ciemna noc miłości (1)


Marzenie o miłości staje się szczęściem przeżywania miłości, gdy drugi podejmie dar naszej życzliwości, wyrażający się darem z naszej osoby, i odpowie takim samym darem swojej dla nas życzliwości, wyrażającym się darem z jego osoby. Do daru miłości dołączą dwa inne: dar wiary i dar nadziei, a w ślad za nimi pojawią się: rozmowa, troska, opieka, cierpliwość, pokój, łagodność, delikatność, wdzięczność. Do nich z czasem dojdą materialne wyrazy radości i zachwytu, takie jak obdarowywanie się rzeczami, czy dzielenie się nimi.

Samo istnienie drugiego wywołuje w nas miłość, a jego nieutracalna obecność - sięgająca w wieczność - staje się potrzebą tak głęboką, że nieobecność tego, kogo kochamy, wprowadza nas w cierpienie, czasami tak głębokie jak rozpacz. Ciemna noc miłości - to poczucie zagrożenia naszego nieodwracalnego przystosowania do ukochanej osoby, to zagubienie wywołane jej nieobecnością, to niezdolność do objęcia klarowną myślą sytuacji braku obecności tej osoby.

Dobrze przeżyte cierpienie ciemnej nocy miłości może stać się dobrym wychowawcą miłości, pod warunkiem, że nie osuniemy się w rozpacz, której wyznacznikami są: A. poczucie zagrożenia (lęk, zawstydzenie, ból, smutek), B. utrata celu życia, C. wygasanie motywów samoobrony (zapominanie, letarg woli, rozpraszanie się emocji, niewrażliwość na rozumowanie, mechaniczne i bezwolne działanie, nieuzasadnione i bezmyślne nastroje, ostateczna rezygnacja z miłości i z marzenia o miłości - w obawie przed bólem), a skutkiem – rozpad życia emocjonalnego. Dzieje się tak z powodu rozbicia związku między życiem intelektualnym, które wniosłoby światło zrozumienia sytuacji, a życiem emocjonalnym, w obrębie którego przeżywana jest rozpacz - jak pisze prof. Mieczysław Gogacz [1], na którego pracy p.t. „Ciemna noc miłości” opieram się w tym tekście.

*

Oto notatki, które kilkanaście lat temu poczyniłam na marginesie wspomnianej wyżej pracy, a których tematem są etapy wyrywania z rozpaczy:


A. Przezwyciężenie poczucia zagrożenia - należy ratować emocje przez fascynację pięknem (jest to bodziec tak silny, że zastępuje intelekt i wolę); należy wywoływać wdzięczność, która jest znakiem scalania emocji.

1. Aby wydobyć z lęku, należy odwrotnie niż w medycynie leczyć objawy (podejrzenia, przypuszczenia, zazdrość, popłoch, panikę), a nie ich źródło: a) ucząc odróżniania tego, co tylko możliwe od tego co realne, czyli myślenia realnymi bytami (filozofia bytu); b) ucząc rezygnacji z apodyktyczności, ucząc akceptowania czyjejś wolności, wartości zaufania, życzliwego myślenia o ludziach (dotyczy to szczególnie problemu zazdrości) - nie wolno jednak atakować tego, co ktoś kocha, a co utracił (nie wolno zadawać bólu!).

2. Aby wydobyć z zawstydzenia, należy zaatakować samo zawstydzenie, gdyż jest ono znakiem, że przez miłość rozumiemy tylko wzajemność (ratować się przed zamknięciem się w sobie przez nużące przekształcanie w „tak” wszystkich „nie”); konieczna współobecność z człowiekiem pogrążonym w rozpaczy (wspólne spacery, wycieczki).

3. Aby wydobyć z bólu, należy: a) przenieść go z psychiki do duszy, gdzie poddany refleksji stanie się cierpieniem, które może mieć wręcz pozytywne oddziaływanie na duszę (oczyszczenie, uleczenie, umocnienie, itp.); b) smutek połączyć z cierpliwością, aby zaowocowały żalem i pokutą; c) świadomości dostarczyć zasad ładu.

4. Aby wydobyć ze smutku, należy: a) wywołać tęsknotę przez powiązanie smutku z cierpliwością (cierpliwość to zgoda na cierpienie) - tęsknota, która jest normalnym życiem duszy, obudzi żal i wywoła pokutę, czyli przemianę (metanoię) myślenia i działania; b) jeszcze mocniej ożywić uczucia fascynując je pięknem wielkiej myśli.


B. Obrona przed utratą celu życia - jeśli jest zagrożony, trzeba go bronić; jeśli został utracony, trzeba skierować się do nowego celu, zgodzić się na tę stratę, zgodzić się na samotność miłości i w niej uznać swój los.

1. Przebudować duchowe życie człowieka w pełnej prawdzie (pokora) i w pełnym dobru (humanizm): a) doprowadzić do zrozumienia tego, co faktyczne i do odsunięcia tego, co złudne (zadanie intelektu); b) podejmować decyzje służące dobru innych bez rewanżu czy wzajemności (zadanie woli).

2. Bronić zrozpaczonych przed izolacją będącą skutkiem smutku: a) podtrzymywać oczekiwanie i cierpliwość; b) aktywizować potrzebę rozmów; c) otaczać ludźmi, problemami, zadaniami, nawet za cenę narzucania się.

3. Przełamywać reakcje mechaniczne lub zapadanie w bezczynność przez ożywianie miłości: a) stosować myślenie możliwościami, jako nierozstrzygającym rozważaniem ewentualności w celu pobudzenia myślenia; b) próbować zachęcać do działań wynikających z przemyśleń, wiążąc je z radością, którą może dać istnienie cienia szansy dojścia do światła, istnienie choćby nadziei na nadzieję.

4. Podtrzymywać oczekiwanie - wnosić ciepło w wywołany ponownie cień miłości, przemieniać smutek w tęsknotę, która wprowadzając w cierpienie, może wyrwać nas z rozpaczy. Na tym etapie przed rozpaczą może nas uratować cierpienie.


C. Ożywianie motywów samoobrony

1. W długotrwałym procesie rozpaczy - trzeba działać szybko i gwałtownie (przy całym tego działania ryzyku), stosując terapię szokową (zadawać ból, mówiąc wprost o utraconej osobie, o załamaniu się miłości przez nikogo nie podtrzymywanej w trwaniu) w celu wywołania gniewu, krzyku, kłótni, zdenerwowania: a) myślenie i decyzje wypełnić emocjami gniewu, a nawet mściwości w stosunku do winnych naszego nieszczęścia; b) pilnować, aby w momencie scalenia się osobowości poprzez gniew, gdy intelekt zacznie obmyślać sposoby walki i wymierzenia kary tym, którzy pozbawili nas radości miłości, pomysły te nie zostały wprowadzone w czyn; c) decyzje należy powoli karmić obrazem brzydoty zachowań tych, którzy od nas odeszli, szokować odwrotnością piękna, brzydotą nieżyczliwości i niewierności; d) wywoływać wizję kary przez samoudręczenie się osób, które zawiniły, aby z czasem nasze negatywne nastawienie przekształcić w litość i miłosierdzie, w pozytywne, spokojne i łagodne, pełne tęsknoty i cierpienia, kierowanie się uratowaną miłością.

2. W sytuacji nagłego popadnięcia w rozpacz - nie wolno wzmagać lęku, a popłoch i przerażenie, będące jego przejawami, wyciszać i opanowywać. Wyciszać złość wynikającą z próżności, wstrzymywać decyzje podejmowane w złości. Wzmacniać cierpliwość, tworzyć atmosferę ciszy, ładu, bezpieczeństwa. Mądra obecność ludzi chroni zrozpaczonych przed przerażeniem i pustką, przed samobójczym zniszczeniem życia.

*

„Utrata miłości do człowieka nie powinna wywoływać rozpaczy, lecz cierpienie. Gdy wywołuje rozpacz, znaczy to, że przypisaliśmy człowiekowi pozycję absolutu, wprost Boga. Rozpacz wynika więc z uznania człowieka za jedyny, ostateczny cel życia.” - pisze prof. Gogacz, a w innym miejscu poddanie się przez człowieka rozpaczy prawdziwej, spowodowanej zerwaniem relacji miłości z Bogiem, nazwie – ateizmem.


09.02.2013


CZĘŚĆ DRUGA: [Ciemna noc miłości (2/2)]

.